2025/2026 - Święta na Karaibach

By stubborn , 23 January 2026
Caribbean Santa

Z Surinamu chcemy popłynąć w jeden z najpiękniejszych żeglarsko rejonów świata - na Karaiby. Zamierzamy zostawić Stubborna na Curacao. Wybór miejsca ma kilka przyczyn. Jachty można tam trzymać dowolnie długo bez konieczności importu, huragany nie sieją zniszczeń, a na pobliskiej Arubie można nieco drożej wyciągnąć jacht z wody i też zostawić na dowolnie długo. A oprócz tego jest to piękne miejsce do żeglowania, nurkowania i na windsurfing. Chcemy, żeby wyspy ABC (Aruba, Bonaire, Curacao) były naszą bazą przez kilka kolejnych lat. Żeby jednak dostać się w bezpieczne rejony, musimy przepłynąć przez te, które latem bywają nawiedzane przez huragany. Taką wyprawę można bez ryzyka przedsięwziąć tylko zimą. Długie ferie świąteczne a zaraz po nich ferie zimowe sprzyjają naszym planom. 

Przed wyjazdem jak zwykle emocje. Czy na pewno jacht ok, czy bez problemu przejdziemy procedury celne i wypuszczą Stubborna z Surinamu po tak długim czasie, czy nowy właściciel mariny nie zażąda wyższych opłat (ponad rok temu kto inny ja kupił i teraz prowadzi). A żeby tego było mało USA eskaluje działania w stosunku do Wenezueli. Co prawda bieda w tym kraju prowadzi do piractwa, a zła sytuacja u sąsiada znacznie pogorszyła bezpieczeństwo na Trinidadzie i Tobago , ale otwarty konflikt zbrojny nikomu nie potrzebny. Na wszelki wypadek mamy plan B - powrót do Gujany. Póki co strony i aplikacje śledzące ruch morski na Karaibach uspokajają nas, że wszystko wygląda tam normalnie - tysiące jednostek żeglują między wyspami. Startują też atlantyckie regaty jachtów turystycznych - ARC. W rodzinnej z charakteru imprezie około 200 łódek zmierza z Las Palmas de Gran Canaria na Saint Lucię i gdzieś się będą potem po Karaibach rozpływać. Żyjemy wiec normalnie z dnia na dzień, uspokajamy zmartwionych znajomych i rodzinę a 9 grudnia wsiadamy w samolot KLM do Surinamu. 

Kama jeszcze przed wyjazdem dostaje prezenty świąteczne, m.in. upragnione flamastry akrylowe. Pozwala jej to przyjemniej spędzić czas na lotniskach a potem w czasie rejsu maluje sztormdeskę w swojej koi. 


Drawing

Nie chcemy brać ze sobą walizek, bo wtedy będziemy mogli wracać tylko z bagażem podręcznym. W tą stronę mamy jednak sporo do zabrania - przede wszystkim nowe liny (w Surinamie można dostać tylko cumownicze, ale nie takie nadające się na fały i szoty), kieszonki, które planujemy doczepić do szelek, żeby mieć wygodniejszy dostęp do noża, latarki, PLB i tagów systemu MoB (w rejsie atlantyckim trzymaliśmy je w saszetkach na pasie, ale sznurki mocujące je do szelek, często się plątały, stąd zmiana) Bierzemy też zapasowe, nierdzewne rurki do ewentualnych napraw autosteru oraz linę i kapturki do zrobienia dryfkotwy Jordana. Dryfkotwa tego rodzaju sprawuje się lepiej ponieważ grzywy fal zaburzają jednocześnie pracę tylko niektórych stożków (a nie jednego dużego w klasycznej wersji). Oprócz tego łatwiej ją po kawałku ściągnąć na jacht (siła maleje za każdym wybranym metrem). Oprócz wykorzystania dryfkotwy w warunkach sztormowych (rzadko, ale zdarzały się nawet w grudniu w tym rejonie), dryfkotwa pozwala ustabilizować jacht i dać czas na naprawę w przypadku ewentualnej awarii steru. Zuza eksperymentalnie szyje stożki dryfkotwy z trzech różnych materiałów - dyneemy, poliestru i nylonowego ripstopu. Planujemy popróbować, które najlepiej pracują i będą najbardziej wytrzymałe.

 

Jordan Drogue

W czasie rejsu wlekliśmy trzy z nich, aby nie tworzyć zbędnych oporów. Przy normalnej żegludze z prędkością 4-5 węzłów wszystkie sprawowały się dobrze i żaden nie okazywał śladów zużycia. W raportach z wykorzystania dryfkotwy Jordana w warunkach sztormowych pojawiał się problem szybkiego niszczenia standardowego dakronu jak również rozwarstwiania ripostopu z nylonu (kiedyś polecanego do tego zastosowania). Nasz materiał nylonowy faktycznie rozwarstwiał się przy silnym miętoleniu w rękach. Trudno powiedzieć, czy inne testowanne przez nas materiały też nie okażą się nietrwałe przy silnej pracy w wodzie, więc finalnie szplajsujemy naprzemiennie wszystkie trzy i mamy nadzieję nigdy nie użyć naszej dryfkotwy. 

Oprócz tego, w bagażu wieziemy dziesiątki mniejszych rzeczy. Zawsze gdy przywieziemy bagaże wydaje się, że w przyszłym roku będzie tego już mało, ale w toku rejsu lista zawsze rośnie.

Wszystko to zostaje zapakowane w kartonowe pudła i oklejone starannie taśmą. Martwimy się, że dziwne paczki wzbudzą nieufność na lotnisku, ale wszystko przechodzi gładko. Czekając na bagaż w Paramaribo odkrywamy, że kilka innych osób też zdecydowało się na przewóz rzeczy w kartonach.

Surinam

10.12 wczesnym popołudniem lądujemy w Surinamie. Zgodnie z umową czeka na nas taksówkarz Hari i wiezie prosto do mariny. Tu poznajemy nowego zarządcę Erika i jego żonę. Okazuje się, że mamy szczęście - dziś restauracja jest oficjalnie zamknięta, bo przyjaciel gospodarzy, znany surinamski kucharz, właśnie szkoli personel, a my zostajemy zaproszeni na kolację, którą oni wspólnie przygotowują. Czekając na jedzenie rozmawiamy z żoną kucharza, Marieke. Jest Holenderką, która jako nastolatka zamieszkała w Paramaribo i tu poznała swojego przyszłego męża. Oboje studiowali w Niderlandach, ale mieli poczucie, że to Surinam jest ich miejscem na ziemi, więc wrócili i osiedlili się na przedmieściach Paramaribo. On gotuje, a ona zajmuje się sztuką Surinamu. Prowadzi bloga http://srananart.wordpress.com, galerię zdjęć https://www.flickr.com/photos/srananart, Instagram: https://www.instagram.com/srananart oraz X: https://x.com/srananart.  Miła rozmowa jest uwieńczona pyszną kolacją.

Dinner

Wieczorem docieramy na jacht. Wilco, który opiekował się Stubbornem przez półtora roku naszej nieobecności, zrobił świetną robotę - widać, że łódka była regularnie wietrzona i jest w środku sucha. Wbrew naszym obawom w żadnym zakątku nie odkrywamy węża, mamy za to trzy, opuszczone już gniazda - na autosterze gniazdo ptaków, a w dwóch miejscach na linach gniazda nieznanych nam owadów. 

Bird's nest

 

Insects' nest

 

Zmęczeni, ale szczęśliwi padamy spać. Od następnego dnia zaczyna się maraton robót - z planowanych wymiana fałów, szotów i filtrów paliwa. Z nieplanowanych wymiana obu akumulatorów, łańcucha kotwicy oraz zastąpienie uszkodzonych regulatorów MPPT (Maximum Power Point Tracking) naszych paneli słonecznych, zwykłymi modułowymi prztwornicami DC\DC o regulowannym napięciu wyjściowym (zostały przywiezione na inną okazję, ale całe szczęście, że są, bo inaczej zostalibyśmy tylko z jednym małym panelem słonecznym). Odkrywamy też kolejną porcję utwardzacza do żywicy w zęzie - okazuje się, że przelanie go z oryginalnych opakowań do teoretycznie mocnych plastikowych butelek nie było dobrym pomysłem. Oprócz tego filtrowanie paliwa i czyszczenie zbiorników, gdyż zebrało się trochę biologicznego szlamu mimo dodanej trucizny. Mniejsze naprawy trudno zliczyć. Musimy też urzędowo wymeldować się z Surinamu i zgromadzić zapasy na dalszą drogę - wszędzie czytamy, że Karaiby są naprawdę drogie i lepiej możliwe dużo jedzenia mieć ze sobą. Kamil, na którego spada największa część robót chudnie bodaj 2 kg. Zuza z kolei dostaje jakiejś alergii i puchnie. 

Work

 

Work

 

14.12 udaje nam się skończyć przygotowania. Korzystamy z naturalnego prysznica i basenu. 

 

Video file

 

Świętujemy na Gwiazdkowym festynie, który odbywa się tego wieczora w Domburgu. W prawdzie Surinam to prawdziwa mieszanka religijno-kulturowa, ale Boże Narodzenie jest ewidentnie tak fajnym świętem, że obchodzą je wszyscy. Zajadamy się daniem z krewetek, parówek, jajek, ziemniaków i kraba w ostrym sosie oraz świetnie przyprawionymi kiełbaskami. Zakąszamy to liścmi smażonymi w cieście. Pytamy jak pokruszyć pancerz kraba. Sprzedawcy widząc nasze nietęgie miny wyciągają plastikowe widelce, ale tłumaczą, że dania są przewidziane do jedzenia rękami i "złotych szczypiec" do kraba nie ma, pancerz trzeba rozgryzać zębami. Jemy zgodnie ze zwyczajem, paprzemy się strasznie, ale jedzenie jest pyszne.

 

Food
 

Na koniec rozliczamy się z mariną. Erik dotrzymuje warunków umowy uzgodnionych z poprzednim właścicielem półtora roku temu, co bardzo nas cieszy. Dopełnieniem świetnego dnia są wieczorne fajerwerki, które podziwiamy już z łódki.

 

Video file


 

Z powrotem na ocean

15 grudnia opuszczamy Domburg i przenosimy się na kotwicowisko na ujściu rzeki Surinam, a następnego ranka ruszamy na ocean. Boimy się tego odcinka, bo nie mieliśmy okazji się 'wybujać' na falach i oswoić chorobę morską. Staramy się nie szaleć, jeść mało i bezpiecznie. Zuza i Kama posiłkują się też biodraminą (hiszpański Aviomarin), tak że pierwszy dzień upływa nam w dobrej formie i nastrojach.


Drugiego dnia na noc prognoza 20-25kt (niestety prognoza zmienia się z dnia na dzień i ciężko wyczekać dobrą). Prąd gujański osłabł dalej od brzegu i nie niesie tak na zachód, więc możemy iść pełniejszym kursem. Postanawiamy zrzucić grot i zostać na foku. Idzie dobrze, aż tu nagle spieniony "dziad" przelewa się przez burtę i roluje nas tak, że laptop z jaskółki na prawej burcie ląduje w lewej koi. Na szczęście jest w "pelicase" - specjalnie nabytej obudowie, która wytrzymuje tego typu "atrakcje". Mamy w głowach, że wg badań Czesława Marchaja, nawet niewysoka względem burty, rolująca fala może wywrócić jacht gdy uderzy z boku, więc zmieniamy kurs. Pełny baksztag zanadto by nas oddalał, idziemy więc na samym foku do możliwie ostrego bajdewindu. Fale przelewają sie bardziej od dziobu i jest lepiej. Jednak Stubborn tłucze co chwilę dnem o wodę zeskakując z fali i boimy się czy takielunek to wytrzyma. Pomaga mocne zrefowanie foka na rolerze i tak udaje się przetrwać noc. Następnego dnia na szczęście wiatr jest łagodniejszy i możemy odpocząć. Widać sporo latających ryb.


Martwimy się, bo Kama leży plackiem i narzeka na ból głowy. W kokpicie słońce pali, a pod pokładem jest bardzo gorąco. Tu źle i tu niedobrze. Kamil poi córkę co 10 min, bo leży półprzytomna i poci się mocno. Zastanawiamy się co to może być - choroba morska na pewno dokłada swoje, ale to nie tylko to - czy to lekki udar słoneczny czy coś poważniejszego? Ewidentnie dziecko czuje się paskudnie. Czy Neptun się zlituje i da piękną spokojną noc na morzu w Kamila urodziny? Czy Kamy zdrowie będzie w prezencie? 

Ta noc jest inna od poprzednich. Wiatr lekki. Co jakiś czas przechodzą chmury i rzęsiste deszcze z silnymi szkwałami. W deszczu zero widoczności, ale nie ma piorunów. Ocean jest nadzwyczaj spokojny. Powietrze wyraźnie chłodniejsze. 

Kamil ma właśnie schodzić z wachty, kiedy już w zejściówce zauważa, że nad falą zaczyna błyskać co chwilę słabe światełko, a nawet dwa, w bliskiej od siebie odległości. Prosto na naszym kursie. Nie może być to duży statek, bo wtedy wcześniej widać łunę. Na AIS go nie ma. Za chwile światełko już widać na stałe, nie chowa się za fale. Czyli szybko się zbliżamy. Zmieniamy kurs o 40 stopni i włączamy radar. Na radarze nic nie widać - albo obiekt przed nami jest za daleko, albo zlewa się z echem fal - czyli jest mały. Nagle to coś zapala dwa spore reflektory i po ich odległości od siebie widać, że jest niedaleko (dwa światła nie zlewają się ze sobą). Świeci w naszym kierunku. Od rejonów piractwa raczej daleko, ale...? Czy to może wojskowa motorówka patrolowa? Co zrobić? Wołać na radio? Nie wołać? Idziemy kursem zmienionym o 90 stopni obserwując światła na trawersie. Po kilku minutach widać, że namiar się zmienia, a obiekt nie zbliża. Czyli oświetlił się żebyśmy go ominęli. Może rybak lub wędkarz morski. Atlantyccy kajakarze chyba mają AIS? Kiedy się mijamy obca łódka szybko gasi światła i znika za rufą. Musiało to być coś małego i bardzo blisko. Dziwne zdarzenie jak na 100nm od Barbadosu i jeszcze dalej od wybrzeży Ameryki Południowej. Patrzymy jeszcze za rufę. W kilwaterze migocą jak gwiazdy fluorescencyjne żyjątka. 

Między deszczami niebo jest gwieździste. Kilka z nich pięknie spada rysując wyraźne, świetliste smugi. Noc jest nie do końca cicha, ale piękna i dużo spokojniejsza od poprzednich. Kama rano wstaje w znacznie lepszym stanie i zjada po trochę urodzinowego risotta Kamila, które czeka na nią od wczoraj. Czyli jednak noc spełnionych marzeń...


Jesteśmy za połową drogi na Barbados. Kolejny dzień jest męczący, ale już nie tak nerwowy, mile lecą powoli, ale lecą. Następnego dnia jesteśmy wszyscy w lepszych nastrojach, bo wiemy, że Barbados jest już w zasięgu. Ostatecznie rzucamy kotwicę o 02:00 w nocy. Oboje dorośli padają jak zabici i śpią do dziewiątej rano, kiedy to budzi się wygłodniałe dziecko. Robimy śniadanie, kąpiemy się w morzu, odgracamy trochę łódkę i zaczynamy dopiero się cieszyć Barbadosem. 

 

Barbados

Zwiedzanie wyspy należy zacząć od wizyty w urzędzie migracyjnym. Kejka dla pontonów znajduje się przy knajpce, gdzie wita nas Mikołaj w hawajskiej koszulce. Wprawdzie lądujemy przed urzędem na początku przerwy obiadowej i musimy czekać ponad godzinę aż obsługa wróci, ale czas nam miło płynie na pogawędkach z innymi żeglarzami. Skład przybyszy jest bardzo "bałtycki" Niemiec, Duńczyk, Szwed, a na dokładkę Szwajcarzy. W końcu biuro zostaje otwarte, formalności są niezbyt długie i przebiegają w przyjaznej atmosferze. Nareszcie możemy ruszyć na miasto. 

Odnajdujemy bankomat, zjadamy pizzę w lokalnym fastfoodzie i wracamy na łódkę - jednak jesteśmy jeszcze zmęczeni. Kolejnych kilka dni leniuchujemy i mało ruszamy się z łódki. 23 grudnia wybieramy się plażą do miasta. Wzdłuż brzegu rosną drzewa, które po polsku noszą złowieszczą nazwę 'jabłoń śmierci' - kontakt z ich sokiem, korą, owocami, a nawet wodą skapującą z liści w czasie deszczu może spowodować poważne poparzenia, ślepotę, a nawet śmierć. 

Deadly tree

Na szczęście dziś jest sucho. Poza tym atmosfera sielska. 

Turtles

 

Watering hole

 

Wszędzie biegają zabawne kraby.

 

Video file

 

Video file

 

Docieramy do tawerny, którą od trzech pokoleń prowadzi ta sama rodzina. Ceny są jak na Barbados umiarkowane, a porcje tak wielkie, że bierzemy dwie na trzy osoby, a i tak jesteśmy syci do wieczora. W ten sposób próbujemy smażonego mahi-mahi i gulaszu wieprzowego po kreolsku. 

Fishermen's Pub

 

Fishermen's Pub

 

Odwiedzamy też miejscowy supermarket, gdzie udaje się nam kupić śledzie. Okazuje się, że buraki też byśmy tu dostali, ale mamy już specjalnie przywiezione z Polski trzy paczki barszczyku Babci Zosi (nasze ulubione dania do szybkiego przygotowania) więc sobie darujemy. Kupujemy za to kokosy, ogórki i graviolę. Bierzemy też rum, dwa bejdżańskie (tak sami siebie nazywają mieszkańcy Barbadosu) sosy - ostry i ziołowy oraz syrop z mauby - sądząc z opisu na butelce coś bardzo karaibskiego. Sos ziołowy okazuje się bardzo smaczny, z ostrym okazuje się, że nazwa One Drop nie jest przesadą - jedna kropla na danie wystarczy. 

 

Rum

 

Doczytujemy, że kora mauby ma mieć cudowne właściwości przeciwzapalne i obniżające ciśnienie, a syrop zaleca się pić z zimną wodą. Szybko rozumiemy, dlaczego woda powinna byc zimna - napój jest dość gorzki i dla naszych niewyrobionych podniebień nieco "trudny". W końcu znajdujemy dla niego użycie - dobrze nam wchodzi z kawą rozpuszczalną, a z czasem zaczął nam nawet smakować.


24.12 koło południa zdzwaniamy się z naszymi rodzinami, które właśnie siadają do kolacji wigilijnej. W Polsce zimno, a u nas tropiki.

 

Sandy Sandman
 

O zachodzie słońca kończymy składać choinkę z lego, którą ofiarował nam przewidujący Brat Kamila i siadamy do wieczerzy - barszczyk z Polski, a śledź i ciasto miejscowe. 

 

Christmas Eve
 

Ogromna większość mieszkańców Barbadosu to anglikanie więc 25 i 26 grudnia wszystko jest pozamykane. Miejscowi i turyści wpadają tylko na plażę popluskać się w turkusowej wodzie i powylegiwać na białym piaseczku.

 

Car


Generalnie stoi nam się na Barbadosie bardzo przyjemnie, ale chcemy mieć czas na inne wyspy. Od dwóch dni zmętnienie wody (spowodowane innym kierunkiem fali) utrudnia pływanie z maską i fajką, a nie mamy jeszcze podwodnych zdjęć. Mimo wszystko decydujemy, że 27.12 przenosimy się na Martynikę. Więc 26.12 wymeldowujemy się u uprzejmych barbadoskich celników, którzy zapraszają nas do ponownych odwiedzin i szykujemy się na przeskok. To niemal 120 mil więc będziemy potrzebować prawie doby, żeby się tam dostać. Rano woda jest znowu przejrzysta, więc Kamilowi udaje się uchwycić kilka fajnych fotek gąbek i innych morskich stworów. W pełni usatysfakcjonowani ruszamy dalej.
 

Martynika

Wiatr jest dobry i rejs jest przyjemny. Pojawiają się dawno niewidziane delfiny co dodatkowo poprawia nam humory. 

 

Video file

 

Niestety w nocy pęka kątownik od popychacza autosteru, więc 1/3 drogi musimy sterować ręcznie (nie chcemy naprawiać go po nocy).


Większość żeglarzy, którzy pokonują Atlantyk zimą ląduje właśnie na Martynice. Jest tu wiele marin i kotwicowisk, na których można odpocząć. Do tego dochodzą łódki, które żeglują po Karaibach, co czyni ją jedną z popularniejszych żeglarsko wysp regionu. Ze statystyk wynika, że Martynika jest w czołówce wysp, na których okradane są jachty (zajęła czwarte miejsce w 2025 roku wg. Caribbean Safety and Security Net - https://thecsssn.org). Nie giną całe łódki, ale pontony z silnikiem lub wyposażenie. Czasem rzeczy z wnętrza jachtu, nawet w czasie obecności właścicieli. Oczywiście spotyka to niewielki procent jachtów, ale zawsze niemiło by się było znaleźć w tym procencie. Dlatego odszukujemy dawno nieużywane kłódeczki do zamykania bakist w kokpicie, a Kamil montuje zasuwki pozwalające zamknąć sztorcklapę od środka. Dzięki temu, ewentualny nocny złodziej narobiłby hałasu zanim dostałby się do wnętrza. Z początku używamy ich bardzo pilnie, ale im dłużej płyniemy, tym bardziej widzimy, że wyspy, po których się poruszamy, są w sumie bezpieczne (pewnie nie mniej niż ulice Warszawy).


Omijamy zatłoczoną zatokę Cul de Sac du Marin. Na noc zatrzymujemy się na małym, maksymalnie trzyłódkowym kotwicowisku Anse du Foul. Miejsce jest bardzo malownicze, a w dodatku świetne do nurkowania - na pionowej ścianie rosną różne korale i gąbki - jest też mały wąwozik i kręci się tam dużo ryb. Kamil z Kamilką udają się na fotograficzne łowy. On ma Gopro i płetwy, a ona bojkę dla pływaków. Wspólnie podpływają do rafy i wypatrują ciekawych obiektów. Jeśli coś znajdą, on nurkuje i robi zdjęcie a ona zostaje na powierzchni z boją, żeby zabezpieczyć miejsce. Oto efekty ich pracy:

 

Sponge

 

Sponges

 

Seaweed

 

Sponges

 

Sponge

 

Fish

 

Sponges 

Seaweed

 

Sponges

 

Turtle

 

Fish

 

Snorkling
Połowa ekipy zdjęciowej.

 

Zuza pływa po nich, bo boimy się zostawić łódkę samą jeśli nie jesteśmy pewni na ile kotwica trzyma, a wokół blisko są pionowe skalne ściany.
 

Sunset

 

Następnego dnia, jesteśmy już trochę pewniejsi, że Stubborn stoi dobrze i całą trójką ruszamy do plażowej knajpki. Jest dosyć drogo, ale Kamil ma nadzieję, że jeśli nakarmi dziecko frytkami z batata i szaszłykiem przestanie ono tęsknić do obiadów ze szkolnej stołówki, które Kama w trakcie rejsu przywoływała jako szczyty kulinarnej doskonałości.


30.12 przenosimy się na kotwicowisko przy Pointe du Bout. Z atrakcji mają być tam dwa podwodne wraki. Łódek stoi sporo, a wieje dosyć mocno, więc próbujemy stanąć w kilku miejscach (co jakiś czas wlecze nam kotwicę). Włączając i wyłączając silnik przy parkowaniu Zuza niechcący wyłącza mu chłodzenie. Stare diesle szybko przeżerały sole z wody morskiej reagując ze stalą w obwodzie chłodzenia. Poprzedni właściciel zrobił przeróbkę - silnik jest chłodzony glikolem i pompuje go pompka elektryczna. Mechaniczna pompka od silnika pompuje wodę, która w wymienniku ciepła chłodzi glikol, a potem ta woda chłodzi tłumik. To rozwiązanie też ma swoje wady - byle awaria elektryczna (np. śniedź w oprawce bezpiecznika) i pompka nie działa. Tym razem kluczyk został w pozycji bez pompki elektrycznej. W 5 minut mieliśmy zagotowany glikol. Gdyby było pochmurno, pewnie zauważylibyśmy, że nie świeci się zielona lampka chłodzenia, ale w środku dnia w zwrotnikowym słońcu było to słabo widoczne. Termometr oparł się o limit 120 stopni, a połowa glikolu wybulgotała. Po ochłodzeniu silnik zaskakiwał, ale strasznie dymił, wyrzucał paliwo na uszczelce filtru i nie miał mocy. 

Wyglądało groźnie, ale Kamil zauważył, że oba cylindry pracują równo, co wykluczało awarię pierścienia, a silnik wciąż bardzo łatwo zapalał, co oznaczało, że trzyma kompresję. Ponieważ czasu do zachodu słońca było już nie za wiele postanowiliśmy spędzić popołudnie nurkując na wraku i robiąc bardzo już potrzebne pranie, a dokładną diagnozę silnika zacząć dnia następnego. Wraki okazały się wielkim zawodem - jeden był małą żaglówką, a drugi został potraktowany jako przeszkoda nawigacyjna i usunięty. Udało się natomiast zobaczyć duże rozgwiazdy (średnicy około 30cm). 

 

Wyspa
Po drodze na Pointe du Bout.


 

Starfish

 

Starfish

 

Shell

 

Murena

 

Generalnie trafiliśmy w bardzo ekskluzywne miejsce, o tej porze roku pełne zamożnych Francuzów, którzy spędzają Święta i Sylwestra w tropikach. W całym miasteczku jest jeden mały sklep spożywczy, pełno za to drogich knajp. Na szczęście po drodze do sklepu i pralni udaje się nam znaleźć naleśnikarnię, w której jedzą miejscowi. Też nie było tanio, ale nie zaporowo drogo. 

 

Pancakes
Naleśniki z manioku - Kamil wziął z rybą, Kamilka z krewetkami a Zuza z jajkiem, bekonem i sosem miodowym. Wszystkie były pyszne.

 

Shell
Muszlę znajdujemy na plaży i odkładamy na miejsce. Nie wolno ich stąd wywozić.

 

Sunset

 

Lokalsi uprzedzają nas, że o 21:00 warto spojrzeć w stronę stolicy, Fort-de-France, bo będą fajerwerki. Okazuje się, że na Martynice tradycyjnie pokaz sztucznych ogni odbywa się dzień przed Sylwestrem. Rzeczywiście jest długi i ładny. Stoimy dosyć daleko, ale i tak robią wrażenie.
 

Sylwestra zaczynamy od samego rana z grubej rury, a konkretnie, rury wydechowej. Po długich przemyśleniach i konsultacjach z Chatem GPT, Kamil stwierdza, że stygnący silnik mógł zassać wodę morską do wydechu. Odkręcenie rury wydechowej od tłumika i jej wyjęcie to koszmarna robota. Długość tłumika znacznie przekracza długość przedziału silnika w Vedze, w dodatku nie można nim swobodnie manewrować, żeby nie urwać żadnych kabli, linek ani rurek, które otaczają motor. Po kilku godzinach udaje się nam ta sztuka.

 

Exhaust

 

Okazało się, że woda w wydechu rzeczywiście jest, ale jej wylanie nie pomaga, problem się powtarza. Kamil podejrzewa, że biegnąca od silnika do rufy rura wydechowa przerdzewiała i woda, która miała chłodzić spaliny, wlewa się do wydechu. Robiło się ciemno, więc musieliśmy skończyć naprawy na dany dzień i zająć się kolacją sylwestrową. Przygotowujemy risotto z krewetkami i mamy nadzieję, że złe przygody skończą się wraz ze starym rokiem, a nowy okaże się lepszy. Noc jest ciepła i piękna, z brzegu dobiegają dźwięki Zouk, tanecznej muzyki, która pochodzi z Gwadelupy, ale zdobyła popularność na Karaibach i we Francji. Kładziemy się lekko pocieszeni. 

 

New Year's Eve
Sylwester

 

Rok 2026 zaczynamy od dalszego grzebania przy silniku. Okazuje się, że wczorajsza diagnoza Kamila była słuszna. Po zdjęciu płaszcza wodnego odkrywamy dziurki w rurze tłumika. Trudno powiedzieć, czy starą rdzę mogło przebić ciśnienie przy przegrzaniu, czy to zbieg okoliczności. Wycieramy rurę z błota, które musiało się tam dostać w trakcie rejsu po rzece Surinam, Kamil zabezpiecza ją, żeby nic się od niej nie zapaliło (nie ma jak założyć płaszcza wodnego w tym stanie), składa wszystko z powrotem i z ulgą stwierdzamy, że silnik działa, choć mamy silne postanowienie, żeby używać go bardzo ostrożnie i jak najmniej się da. W dalszym rejsie używamy go prawie normalnie i wszystko działa jak powinno.

 

Exhaust

 

Video file

 

Ponieważ jest dosyć wcześnie przenosimy się na kotwicowisko przy wiosce rybackiej Case-Pilote. Miejsce wygląda sympatycznie, a w dodatku w wiosce znajduje się Carrefour. 

Następnego dnia ruszamy na zakupy. Okazuje się, że sklep jest blisko, ale stromo pod górkę, więc spacer jest dosyć intensywny.

 

Bay

 

Wykorzystujemy fakt, że jesteśmy w supermarkecie i robimy spore zakupy. Dużo czasu spędzamy w dziale warzywnym, gdzie Zuza z pomocą Google'a ustala który podpis pasuje do którego warzywa i jak się to je. Z rzeczy, których nie znamy kupujemy taro, yam i christofinę. Dwa pierwsze używa się jak ziemniaków, to ostatnie można jeść gotowane albo na surowo. 

 

Vegetables
Na pierwszym planie christofina - coś pomiędzy cukinią a kalarepą, obok taro, awokado w rozmiarach w Polsce niespotykanych, za nim yam, a w tle swojskie ogórki.

 

Kiedy wracamy z zakupów, nabrzeże wypełniają dźwięki reagge. Właściciele barów umilają sobie sprzątanie po sylwestrze muzyką. Sympatyczny facet przeprasza nas, że dziś ma zamknięte, ale kieruje nas do knajpki serwującej typową kuchnię kreolską. Tam próbujemy tradycyjnego dania - accras (placuszków z ryby i ciasta smażonych w głębokim tłuszczu). Nie bez kozery Kamil ostrzył sobie na nie zęby kilka dni, okazują się rzeczywiście bardzo smaczne.

 

Accras
Accras

 
Następnego dnia przenosimy się na kotwicowisko pod Saint Pierre. Jeszcze na początku XX wieku to właśnie tu znajdowała się stolica wyspy. Wszystko zmienił wybuch wulkanu Mont Pelee. 8 maja 1902 roku, erupcja pochłonęła miasto w ciągu minuty. Zginęli wszyscy mieszkańcy poza jednym człowiekiem. Niejaki Antoine Ciparis siedział w podziemnej celi gdzie oczekiwał wyroku śmierci za zabójstwo. Choć został mocno poparzony, przeżył.

Kotwicowisko znajduje się ok 2 km od miasteczka, pakujemy więc dokumenty i najważniejsze rzeczy do wodoodpornej boi, płyniemy na brzeg, przechodzimy piechotą do Saint Pierre i dopiero wtedy włazimy z powrotem do wody. 

 

Swimmers


W ramach projektu artystycznego przy plaży zatopiono dwie rzeźby. Syrenę i maskę. Stanowią teraz atrakcję turystyczną.

 

Mermaid

 

Mermaid
 

Mask

 

Mask


Kamil dochodzi do sporej wprawy w wyrównywaniu ciśnienia w uszach w trakcie nurkowania - nie wiemy czy to kwestia budowy anatomicznej czy ćwiczenia, ale może szybko zejść na 10-15 metrów, ustawić się, żeby zrobić zdjęcie i wrócić na powierzchnię (z uwagą, ile powietrza zostaje na powrót). Ofiarą nurkowania pada jednak niestety Garmin Instinct Solar Surf. Zegarek jest przewidziany do nurkowania w masce i fajce ale nie do nurkowania z butlami. Ewidentnie producentowi nie przyszło do głowy, że ktoś będzie zchodził na jednym oddechu na kilkanaście metrów. Okazuje się, że jest to zgodne z oznaczeniem wodoodporności zegarków "do 100m", trzeba było czytać instrukcję. Dziewczyny trzymają się bliżej lustra wody.
 

Freedive

 

Snorkling

 

W drodze powrotnej opływamy jeszcze 120-letni wrak. Niewiele już z niego zostało, ale stanowi dobre podłoże dla korali.  

 

Wreck

 

Wreck

 

Wreck

 

Wreck

 

Wreck

 


Wreck

 

Wreck

 

Następnego dnia ruszamy na Dominikę. Po drodze Kamil jak zwykle usiłuje złapać rybę. Tym razem haczyk połyka barakuda.

 

Barracuda 

Generalnie ta ryba jest jadalna, ale na Karaibach nie wolno jej sprzedawać i odradza się spożycie, ze względu na zatrucie pokarmowe ciguatera. Rybacy mówią "barracuda is not a fish to eat here". Barakuda żeruje na roślinożercach, którzy zjadają bytujące wokół rafy mikroskopijne trujące algi. Mniejsze ryby, nawet inne drapieżniki, żyją znacznie krócej i toksyny nie zdążają się odłożyć w ich organizmach w znacznych ilościach. Barakuda w ciągu życia potrafi się zrobić solidnie trująca. Objawy choroby są neurologiczne i długotrwałe. Typowe jest mylenie ciepła i zimna, prowadzące do poważnych oparzeń. Oprócz tego zawroty głowy itp. Nie potrzebne nam to na rejsie. Niestety ryba zajada się głęboko, haczyk jest na stalowej lince, a ostre kłapiące zęby nie ułatwiają wyjęcia jej haczyka z gardła. Obcięcie haczyka z linką doprowadziłoby raczej i tak do jej zamęczenia. Więc Kamil musi ją zabić i wyrzucić. Żal nam bardzo bez sensu zabitego zwierzęcia. Jedyna pociecha, że karaibscy rybacy zalecają zabijanie barakud, bo bardzo szkodzą w łowiskach i nie mają naturalnego wroga.
 

Dominika

 

Dominica


Po południu dobijamy na bojowisko pod Roseau, stolicą Dominiki. Jest niedziela, więc nie spodziewamy się wiele załatwić, ale chcemy podjąć pieniądze i znaleźć urząd celny. Od razu widać, że Dominika jest dużo biedniejsza od swoich sąsiadek, Martyniki i Gwadelupy. Nie mniej, bardzo dobre wrażenie robią na nas ludzie - są sympatyczni, ale nie nachalni.

 

Dominica

 

Dominica

 

Dominica

 

W pewnym momencie jakiś podpity staruszek zaczyna coś za nami krzyczeć - orientujemy się, że zwraca nam uwagę, żebyśmy szli rządkiem. I ma świętą rację - akurat w tym miejscu nie ma chodnika, a samochody potrafią jechać dosyć szybko (potem dowiadujemy się też, że nie ma limitu alkoholu, który może legalnie spożyć kierowca).

 

Car


Po pewnych przebojach udaje nam się podjąć z bankomatu miejscową walutę - dolar wschodniokaraibski. Urząd celny jest zamknięty, pracownik firmy promowej informuje nas, że może ktoś jeszcze przyjdzie, ale jest niedziela, 17:00 a w mieście trwa impreza karnawałowa więc może być różnie, wracamy więc na łódkę.


Następnego ranka jesteśmy kwadrans przed oficjalnymi godzinami pracy urzędu, ale celnik już jest i zaprasza nas do biura. Panuje opinia, że Dominika ma najłatwiejsze procedury wjazdowe na całych Karaibach i może być to prawda - po 10 minutach jesteśmy już oficjalnie zarejestrowani na wyspie, nie będzie też potrzeby powtórnej wizyty przy wymeldowaniu. 


Plan na dziś mamy ambitny - chcemy pójść szlakiem do Doliny Spustoszenia i Wrzącego Jeziora - po rozmowie z chatem GPT zakładamy, że zapewne zrobimy tylko część drogi i popatrzymy na nie z góry. Pełny szlak prowadzi na szczyt wulkanu, następnie wąską i stromą ścieżynką w dół krateru. Wraca się tą samą trasą. Chat twierdzi, że jest to Babia Góra w desczu x2, ślisko, a przy okazji upał i wilgotne poowietrze. Bardzo rekomendowane jest wynajęcie przewodnika, a oni nie godzą się brać dzieci poniżej 12 lub nawet 15 roku życia.


Do parku narodowego podwozi nas minibus. Wprawdzie to nie jego stała trasa, ale akurat jest pusty, więc kierowca postanawia nas podwieźć. Na co dzień wozi turystów taksówką, więc przy okazji opowiada nam trochę ciekawostek o Dominice. Ze względu na górzystość na wyspie nigdy nie powstało zbyt wiele plantacji trzciny cukrowej - nie dość, że uprawa była trudna, to większość niewolników uciekała w niedostępne górskie kotliny i łączyła siły z Caribami, oryginalnymi mieszkańcami wyspy. Wojowniczy Caribowie też dawali się weznaki białym kolonistom. Jako, że mieli opinię ludożerców (czemu współcześni Caribowie stanowczo zaprzeczają) nikt się nie rwał do zakładania tu stałych osiedli. Dopiero w XIX wieku powstały tu plantacje trzciny cukrowej i kawy. Posadzono też gaje cytrusowe. Bogate w witaminę C limonki z Dominiki były przerabiane na syrop, który trafiał na statki brytyjskiej marynarki wojennej. Marynarze pili go by uniknąć szkorbutu. Jednak choroby roślin, słaba koniunktura i tropikalne huragany niszczyły wielkoskalowe rolnictwo. Dzięki temu Dominika jest w ponad 60% pokryta oryginalnym lasem deszczowym i spora część wyspy stanowi rezerwat UNESCO.
 

Na wstępie do parku narodowego czekają nas dwie niespodzianki. Zła jest taka, że od 1 grudnia 2025 nie można wejść do parku bez przewodnika. Dobra, że nasz przewodnik, Ali, nie widzi żadnego problemu w tym, żeby Kama przeszła trasę aż do samej doliny, a jeśli będziemy mieli czas i siły do jeziora (zakładając, że rozsądnie zawrócimy w razie takiej konieczności). Opłata za przewodnika jest słona, ale uznajemy, że trudno - szlak jest opisany jako niesamowite przeżycie i główna atrakcja Dominiki.

 
Ruszamy w deszczu, ale kiedy tylko wchodzimy między drzewa kurtki przestają być potrzebne - jesteśmy tak samo spoceni jak mokrzy z wierzchu.

 

Rainforrest

 

Rainforrest

 

Nasz przewodnik jest indianinem, specjalizuje się w wycieczkach botanicznych i ornitologicznych. Rzuca łacińskimi nazwami roślin, a jednocześnie tłumaczy których jego rodzina używa na co dzień jako leków.  

 

Plant
Z tego sporządza się bardzo gorzki, ale skuteczny napar przeciwgorączkowy.

 

Bardzo dobrze się go słucha, choć informacji jest ogrom. Dowiadujemy się, że fragment lasu po którym idziemy ma niespełna 50 lat - huragan David, który przeszedł przez wyspę w 1979 wyłamał większość drzew, ocalały pojedyncze sztuki. 

Tree

 

Orchidea, nazywana przez miejscowych "orchideą Davida", pojawiła się na Dominice dopiero po huraganie David - jej nasiona zostały przywiane z innych wysp. 

 

Orchid

 

Las deszczowy jest pełen najróżniejszych paproci - niektóre są malutkie, a inne mają po parę metrów wysokości i wyglądają jak małe palmy. 

 

Fern

 

Fern

 

Fern

 

Fern

 

Fern

 

Występuje tu dużo endemicznych roślin, ptaków i gadów, stosunkowo mało ssaków. Bodaj największe co mieszka w tej dżungli to aguti - taka świnka morska na sterydach. Występują też węże, ale nie są jadowite. Wygląda na to, że najgorsze co może człowieka spotkać ze strony miejscowej fauny to pogryzienie przez komary.

Po godzinie dochodzimy do tradycyjnego punktu postoju - Rzeki Śniadaniowej. Woda jest dosyć niska więc bez problemu przeskakujemy po kamieniach na drugi brzeg. Ali opowiada, że przy intensywnych opadach woda jest w stanie wezbrać o ok. 2 metry w ciągu kilku godzin. 

 

Breakfast River
Breakfast River 

 

Przy okazji dowiadujemy się, że na początku lat 2000, rząd Dominiki zainwestował w tę trasę - w wielu miejscach powstały poręcze i schody, poprowadzono też obejścia najbardziej niebezpiecznych kawałków. Kiedyś wycieczki musiały ruszać o świcie i przy rzece dopiero jadły pierwszy posiłek. Teraz szlak wciąż jest wymagający, ale już nie tak zabójczy.

 

View

 


Mud

 

Mud

 

Rope

 

Docieramy na szczyt wulkanu. Mamy prawdziwe szczęście do pogody. Kiedy wyszliśmy z wysokopiennego lasu deszcz przestał padać, jest nieco pochmurno, ale dzięki temu niezbyt gorąco. Jesteśmy na brzegu krateru - najwyższym punkcie trasy. Czujemy już zapach siarki i widzimy opary nad Doliną Spustoszenia. Ponieważ czas mamy dobry i czujemy się na siłach ruszamy do wnętrza krateru. 

 

Path

 

 

Ścieżka jest naprawdę stroma i bardzo śliska - przewodnik pokazuje nam, gdzie mamy krok po kroku stawiać stopy. Uff, potem będzie trzeba tędy wejść.

Dolina wygląda, jak wrota do piekieł. 

 

Valley

 

Valley

 

Valley

 

Jesteśmy 8 km nad magmą - w skali geologicznej to prawie nic. Wszędzie unosi się zapach siarki i para wodna. W wielu miejscach kamienie pokryte są siarką i jej związkami. Niektórzy turyści smarują twarze miejscowymi glinkami - podobno mają dobroczynny wpływ na cerę. Ali ostrzega nas, żebyśmy chodzili za nim i pytali zanim włożymy ręce do strumienia - niektóre są przyjemnie ciepłe, bo mieszają się ze strumykami deszczowymi, inne mają po kilkadziesiąt stopni. Często przewodnicy demonstrują temperaturę wody wkładając w nią jajko - gotuje się bez problemu. 

 

Video file

 

Video file

 

Video file

 

Trzeba też uważać gdzie się staje. W niektórych miejscach ziemia jest tak gorąca, że podeszwy butów roztapiają się i mogą się przykleić do stóp - właśnie taki wypadek, któremu uległ dwunastoletni chłopiec, był jednym z kluczowych argumentów za zakazem samodzielnych wycieczek turystów indywidualnych. W dodatku, we wnętrzu krateru nie ma zasięgu sieci komórkowych. Obecni przy wypadku przewodnicy musieli wynieść dziecko z krateru na własnych plecach i dopiero stamtąd udało się wezwać ekipę ratunkową. Dominika nie ma państwowych służb ratowniczych ani nie dysponuje helikopterem - istnieją prywatne ekipy, a jeśli dzieje się coś bardzo poważnego wzywany jest śmigłowiec z Martyniki. Obie opcje są bardzo kosztowne.

 

Valley


Decydujemy, że idziemy do samego Wrzącego Jeziora. Chat GPT twierdził, że ten odcinek trasy jest łatwiejszy. Chyba jesteśmy jednak dosyć zmęczeni, bo wcale się nam specjalnie łatwy nie wydaje.

 

Path

 

River

 

River

 

Climbing

 

Po niemal godzinie docieramy do jeziora. Jest to drugi największy na świecie akwen tego typu. Woda ma niemal 100 stopni na powierzchni pojawiają się bąble a nad całą doliną unosi się tuman pary wodnej. Człowiek ma wrażenie, że stoi nad gigantycznym kotłem. 

 

Path

 

Boiling Lake
Doszliśmy!


Do zachodu słońca czasu mamy wystarczająco, ale nie w nadmiarze, dlatego po ok. dwudziestominutowym odpoczynku i zjedzeniu kokosowo-muszkatołowych bułeczek rozpoczynamy powrót. Kama, która jak dotąd gadała niemal non-stop milknie. Wszyscy skupiamy się na drodze. 

 

Path

 

Rope

 

Mud
 Zdjęcie nie oddaje w pełni błotnistości tej trasy. 

 

Mud

 

Peak

 

W leśnej części szlaku przelatuje przy nas endemiczny dla Dominiki koliber niebieskoczelny - podobno mamy szczęście, bo jest płochliwy i niełatwo go wypatrzeć. Swoją drogą nasz przewodnik radzi, że jeżeli chcemy wybrać się na obserwację ptaków w dżungli powinniśmy ubrać się na czerwono - ten kolor je wabi. Spotykamy też jaszczurkę, która występuje tylko na tej wyspie. Nie jest płochliwa i chętnie pozuje do zdjęć.

 

Lizard
 

Lizard

 

Przy zejściu dogania nas inna grupa. Dyskutują zacięcie o kolejce linowej. Prawdopodobnie w połowie 2026 roku ruszy najdłuższa na świecie kolej linowa, która będzie wozić turystów ponad lasem deszczowym na szczyt przy Wrzącym Jeziorze. Młody Amerykanin przewiduje, że ludzie przestaną chodzić szlakiem, który właśnie pokonujemy, bo będą woleli przejechać się kolejką. Przewodnik twierdzi, że zawsze znajdą się tacy, którzy będą woleli się wspinać. Przychylamy się do jego zdania - gdybyśmy nie szli pieszo przez las deszczowy, nie mielibyśmy okazji zobaczyć wszystkich tych interesujących roślin i zwierząt.


Przy samym wejściu do Parku Narodowego znajduje się kanion rzeki Titou. Każdy chętny może założyć kapok i przepłynąć się chłodnym szumiącym strumieniem pośród pionowych skalnych ścian. Idealne zakończenie pięknego, ale jednak bardzo męczącego dnia. 

Nasz przewodnik orientuje się, że na miejscu nie ma już taksówek i ofiaruje się odwieźć nas za pół ceny prosto pod łódkę. Jesteśmy mu bardzo wdzięczni.


Następny dzień spędzamy relaksowo. Spacerujemy po mieście. Wzięliśmy ze sobą buty, z których Kama już wyrosła. Są w dobrym stanie i żal je wyrzucać, może znajdziemy kogoś, komu się przydadzą. Wybór pada na wędrownego szewca - pokazujemy pantofelki, pytamy czy by je wziął. Staruszek trochę nas ucisza, poważnie patrzy na Kamę, pyta czy ona jest pewna, że chce je oddać. Kiedy Kamilka przytakuje rozpromienia się i mówi, że zna dziewczynkę, która bardzo się z takich bucików ucieszy. Jest nam wszystkim bardzo miło. 

Zwiedzamy ogród botaniczny. Jako pamiątkę po jednym z huraganów, pozostawiono w nim przygnieciony afrykańskim baobabem autobus.
 

Bus

 

Tree

 

Nasz wczorajszy przewodnik Ali opowiedział nam o basenach z wodą siarkową w miejscowości Wotten Waven. Znajdujemy autobus, który jedzie w pobliże miejscowości, a kierowca sam proponuje, że za drobną dopłatą dowiezie nas na miejsce. Okazuje się, że firm oferujących kąpiele termalne jest tam całe mnóstwo. Przypadkowo spotkany przewodnik, który oprowadza inną grupę poleca nam termy trochę na uboczu. Okazuje się, że to dobry wybór. Basenów jest chyba z 10, a płaci się za godzinę moczenia. Oprócz nas jest jeszcze para Czechów i dwójka młodych Amerykanów, tak, że każdy może mieć basen tylko dla siebie. Dzięki mieszaniu źródeł siarkowych z wodą z potoków, każdy zbiornik ma inną temperaturę i inną zawartość mikroelementów. Z lubością nurzamy się w słodkiej ciepłej wodzie. Smarujemy się też maseczką siarkową - chętni mogą kupić sobie słoik do domu, ale nam wystarcza jednorazowa aplikacja.

 

Pool

 

Odprężeni wracamy do domu i wcześnie kładziemy się spać, bo jutro czeka nas kolejna atrakcja - kanioning.

Kamil w młodości chodził trochę po skałkach. W ostatnie wakacje zaczęliśmy skromne wspinaczkowe przymiarki, ale rozważaliśmy kurs, żeby Kama i Zuza opanowały podstawy pod okiem fachowców. W kanioningu jest wiele elementów wspinaczkowych i dziewczyny miałyby okazję zobaczyć na ile im się taki sport podoba. Okazuje się, że w pobliżu Roseau znajduje się fajny kanion, więc Kamil wyszukuje dwie firmy i umawia nas przez WhatsAppa z przewodniczką, która może nas wziąć na wycieczkę następnego dnia. Rano podjeżdża po nas pani, filigranowa Francuzka, na oko zagorzała hippiska koło sześćdziesiątki. Towarzyszy jej asystentka, Dominikanka lat około 20. Na parkingu dostajemy pianki, uprzęże i kaski, "ósemki", a następnie ruszamy w stronę kanionu. 

Kamil i Kamilka raczej nie mają problemu z wysokością, Zuza miewa. Tymczasem tuż po wejściu na półkę skalną Nathalie uwiązuje Zuzę na linie w taki sposób, że Zuza kontroluje prędkość zjazdu, ale przewodniczka ją asekuruje i w każdym momencie może zatrzymać. 

 

Canyoning

 

Canyoning

 

Kamil z zainteresowaniem ogląda węzeł, bo akurat takiego nie znał (a "ósemka" jest jego ulubionym przyrządem asekuracyjno-zjazdowym z młodych lat).

 

Knot


Okazuje się, że nasza przewodniczka jest też certyfikowanym instruktorem speleologii, tłumaczy, dlaczego w tej sytuacji używa tego konkretnego węzła, jakie są jego wady i zalety. Spokojnie, ale stanowczo mówi Zuzie gdzie po kolei będzie stawiać nogi i kiedy na końcu liny może puścić się, żeby wpaść do wody. Zanim Zuza zdąży spanikować już pływa w jeziorku pod dziesięciometrową ścianą. Za chwilę dołącza do niej roześmiana Kamilka, Kamil i obie przewodniczki.  

 

Canyoning

 

Canyoning

 

Następnym punktem programu jest skok z 3 metrów do wody. Jeśli ktoś się boi, może zjechać na linie, ale wszyscy decydujemy się na skok. Nathalie tłumaczy, że trzyma skaczącemu rękę na plecach, ale go nie popycha tylko ewentualnie poprawia pozycję w locie. Trzeba się odbić tak, żeby nie zahaczyć skały, a z drugiej strony wpaść do wody w bezpiecznej pozycji (na nogi, ze złożonymi rękami, żeby nie wybić barków). Skok okazuje się superfajny. 

 

Jump

 

Potem jescze skok z trochę większej wysokości, ale gdyby ktoś nie chciał, zawsze można użyć liny. Z każdym kolejnym krokiem jesteśmy pełni co raz większego szacunku dla naszych przewodniczek. Każdy ruch jest przemyślany, obie poruszają się w kanionie w spokojny, efektywny sposób. Za zwyczaj jedna idzie przodem i szykuje stanowisko do zjazdu, a druga je składa. My jesteśmy cały czas pod delikatnym nadzorem. 

 

Canyoning

 

Wszystko, łącznie z kolorem lin (żarówiasty pomarańcz, świetnie widoczny nawet w półmroku kanionu) jest przemyślane do ostatniego szczegółu. 

 

Canyoning

 

Canyoning

 

Olbrzymie wrażenie robi też na nas sam kanion. 

 

Canyoning

 

Canyon

 

Canyon

 

Wycieczka trwa 3 godziny. Pod koniec Zarówno Kamilka jak i Zuza dosyć pewnie czują się ze sprzętem i znacznie poprawiają technikę zjazdu. Przy ostatnim wodospadzie spotykamy inną grupę - oni idą szybciej niż my, przewodnicy spuszczają ich po prostu na linie. Bardzo się cieszymy, że Dziewczyny pozwoliły nam zjeżdżać samym, czerpać z tego radość i mnóstwo się nauczyć. Na końcu kanionu zostajemy poczęstowani świeżo wyciskanym sokiem z grapefruita i chlebkiem bananowym. Śmiało wychodzi do nas krab, który jest dokarmiany w tym miejscu.

 

Video file


W trakcie spaceru na parking, Nathalie, która mieszka tu od 20 lat opowiada nam o Dominice. Kraj ma niezwykłe walory - las deszczowy, żyzne ziemie i obfitość słodkiej wody. Choć plantacje przepadły wiele przywiezionych tu roślin zadomowiło się - cytrusy, kawa, mango, stały się naturalnymi elementami krajobrazu. 

 

Coffee
Kawa, niestety jeszcze niedojrzała, zresztą przerobienie ziaren kawy w smaczny napój jest dosyć trudne.

 

Pipe
Drewniany rurociąg z lat 50-tych. Doprowadza wodę do hydroelektrowni.

 

Ciepłe morze obfituje w rafę koralową. Zmiany klimatyczne spowodowały, że wieloryby, które kiedyś tylko czasami odwiedzały wyspę, teraz na stałe zamieszkały w głębokich wodach wokół niej i stanowią atrakcję dla nurków (bardzo drogą, a jednak nie zawsze uda się je spotkać). Kama jeszcze nie może zrobić uprawnień PADI, więc tym bardziej odpuszczamy tą atrakcję.

Dominika, obfitująca w te wsystkie cuda natury, znajduje się jednak na trasie huraganów. Z tego względu ruch turystyczny zamiera na całe lato. Nawet jeśli wicher uderza w wyspę raz na kilkanaście lat, mało kto ryzykuje tu wakacje. Jeśli zdarzy się katastrofa, sąsiednie Martynika i Gwadelupa dostają pomoc z Unii Europejskiej, a Dominika musi podnosić się o własnych siłach. Rząd rozbudowuje infrastrukturę turystyczną - powstaje np. szlak pieszy wokół całej wyspy, planowane jest też międzynarodowe lotnisko z prawdziwego zdarzenia, ale to olbrzymia inwestycja, a potrzeb kraj ma wiele. Słuchając tego jesteśmy jeszcze bardziej pełni podziwu dna Dominikan - nie mają łatwego życia, a mimo to udaje im się zachować pogodę ducha i życzliwość dla świata. Często w sytuacji, gdzie tubylcy są biedni, a przyjezdni bogaci, pojawia się chęć naciągania turysty na każdym kroku. Tu nie mamy poczucia, że jesteśmy naciągani - usługi stricte turystyczne są drogie, tak samo jak na całych Karaibach, ale klient jest uczciwie informowany o cenie na samym początku. Za żywność płacimy tyle, co miejscowi, a czasem dostajemy produkty do spróbowania.

Pełni wrażeń wracamy na łódkę. Jest jeszcze dosyć wcześnie, dlatego decydujemy się przestawić na nieodległe kotwicowisko, a jutro ruszyć w dalszą drogę. Dwiema spokojnymi, dziennymi "hopkami" płyniemy na północny koniec wyspy - w kierunku Zatoki Księcia Ruperta. Miejsca postoju wybieramy głównie pod kątem ciekawych punktów do nurkowania. W ten sposób trafiamy na wrak, a w innym miejscu na sztuczną rafę, która okazuje się zaskakująco bogata w ryby. 

 

View

 

Wreck

 

Wreck

 

Wreck

 

Wreck

 

View

 

Reef
Betonowe sfery z dziurami zapewniają rybom bezpieczną kryjówkę. 

 

Stingray
Płaszczkom bardzo się tu podoba. 

 

Stingrays

 

Fish

 

Fish

 

Fish

 

Fish

 

Skrzydlica jest na Dominice gatunkiem inwazyjnym. Na sąsiednich wyspach, które mają podobny problem, każdy włącznie z turystami jest zapraszany do ich odławiania (dlatego pływamy z kuszą), są smaczne, tylko przy patroszeniu trzeba uważać na jadowe kolce, tu jednak nie wolno polować bez pozwolenia.

 

Lionfish
Skrzydlica

 

Lionfish


W Zatoce Księcia Ruperta od dwudziestu lat działa stowarzyszenie PAYS (Portsmouth Association of Yacht Services). Grupa lokalnych przedsiębiorców zorganizowała się, postawili bojki, pilnują łódek, a dwa razy w tygodniu organizują grill na plaży. Goście płacą około 80 zł od osoby (Dzieci połowę) i mogą jeść, ile wlezie. Chętni mogą się wybrać na wycieczkę Indiańską Rzeką lub obserwację ptaków.
Stajemy na bojce, spacerujemy po okolicy i spędzamy trochę czasu na plaży.

 

House

 

Beach

 

Wreck

 

Wreck

 

Jak zwykle na Dominice mamy wrażenie, że duch Boba Marleya unosi się nad nami. Gra reagge, a mężczyźni z dredami uśmiechają się do nas życzliwie. Marihuana jest na Dominice zdekryminalizowana - handel jest karalny, ale każdy może hodować bodajże 5 krzaków na własny użytek. Wygląda na to, że sporo osób korzysta z tej możliwości. Chyba każdy zajmuje się tu z resztą po trosze rolnictwem - większość produkcji jest zjadana, a nadmiar właściciele próbują sprzedać. Pewnie dlatego w sklepie ze sprzętem ogrodniczym można kupić też cebulę i ziemniaki. 

 

Tropical Vibes

 

Rum
Rum sprzedawany w miejscowych sklepach jest w stylu naszego dobrej klasy bimbru (głowa nie boli). Jest wytwarzany w dziesiątkach kompozycji z różnymi ziołami. Ten sam produkt występuje często zarówno w szklanych jak i plastikowych butelkach.


Od jednego z ulicznych sprzedawców kupujemy owoc chlebowca. W Gujanie Francuskiej usmażyliśmy z niego pyszne frytki i chcielibyśmy powtórzyć to danie. Tym razem czeka nas niespodzianka. Pozwoliliśmy chlebowcowi poleżeć dwa dni i owoc w tym czasie porządnie dojrzał (był kupiony prawie dojrzały, w Gujanie polecono nam na frytki kupić twardszy i teraz już wiemy czemu). Zmiękł i zmienił smak na słodkawy, nieco zbliżony do banana. Internet twierdzi, że w pełni dojrzałe chlebowce można jeść na surowo, ale na wszelki wypadek postanawiamy go usmażyć. Wychodzi nam coś o smaku naszych racuchów z owocami (bardzo smacznych). Jest ich na tyle sporo, że jemy je przez 2 dni.

 

Breadfruit
Owoc chlebowca

 

Niedziela wieczór to pora grilla. Impreza zaczyna się o 19:00 ale już o 18:00 żeglarze zaczynają zbierać się na brzegu. Dzieci jest tu stosunkowo niewiele, a w dodatku w wieku, kiedy chłopcy i dziewczynki niekoniecznie się lubią. Kama próbuje zagadać do jakiegoś malca, ale on ucieka. Na szczęście wkrótce pojawia się siedmioletnia Luna - pół Brytyjka, pół Francuzka. Dziewczyny szybko łapią wspólny język, dzięki czemu i dorośli mają możliwość pogadać. Większość to zaprawieni żeglarze, część żyje na łódkach na stałe. Podlewana punchem rumowym impreza rozkręca się na dobre. O 20:00 kucharze serwują rybę lub grillowanego kurczaka z ryżem i surówką. Mimo szczerych intencji Zuza nie jest w stanie wcisnąć w siebie drugiej porcji. Kamil zjada, bo bardzo chce spróbować i kurczaka i ryby. Oba pyszne. Po jedzeniu przychodzi pora na tańce. Starzy i młodzi ruszają na parkiet, a raczej klepisko. My wymiękamy przed 22:00 ale zabawa trwa dalej.


Na wyjściu gratulujemy gospodarzom super wieczoru. Naprawdę jesteśmy pod wrażeniem. Dzięki współpracy udało się lokalnym chłopakom stworzyć miejsce, które od lat cieszy się wśród żeglarzy bardzo dobrą sławą. Wielu uważa wręcz, że to najlepsze kotwicowisko na całych Karaibach. Gospodarze dzielą się obowiązkami - jedni witają łódki i kierują na boje, inni dbają o biuro i wiatę, jeszcze inni pilnują dniem i nocą, żeby w okolicy nie pojawił się żaden amator cudzych pontonów. Pobierają za swoje usługi opłaty, ale nie są pazerni - nie zabraniają kotwicowania w pobliżu swojego bojowiska, mimo że od tak zaparkowanych jachtów nie dostają ani grosza. "Kotwiczni" mogą też uczestniczyć w grillu. Dzięki pracy PAYS zarabiają lokalne sklepiki czy pralnie, bo żeglarze kręcą się po okolicy. O ile w innych zatoczkach stoi po kilka jachtów, u nich parkuje kilkadziesiąt. 

 

PAYS

 

Przekrój łódek w Zatoce Księcia Ruperta jest bardzo szeroki - od niewielkich i leciwych, przez spore jachty oceaniczne i wypasione katamarany aż po wycieczkowce. Jeśli chodzi o bandery, to wiele jest europejskich - chyba najwięcej francuskich, są też Amerykanie, Kanadyjczycy a nawet Australijczycy. 

 

Ships
Nie wiemy czy ten wycieczkowiec kiedykolwiek rozwija żagle rejowe na swoich pięciu masztach, ale wygląda imponująco.


Specjalnie zostajemy w Portsmouth do wtorku rano, żeby w poniedziałek dotrzeć na miejscowy bazarek. Okazuje się, że sprzedawców jest kilkunastu i mają w asortymencie to, co akurat obrodziło - pomidory, banany, taro, yam, ziemniaki, cebule, marchewki, bataty oraz jajka. Postanawiamy spróbować też grillowanych platanów. Sprzedawca dziwi się, że bierzemy jednego na troje - kiedy wyjaśniamy, że chcemy spróbować czy w ogóle nam to smakuje patrzy z lekkim niedowierzaniem, a następnie ofiarowuje Kamie jednego całego, żeby mogła się wsmakować. Nie przyjmuje pieniędzy kiedy  chcemy zapłacić za oba.

 

Food

 


Gwadelupa

We wtorek rano ruszamy w stronę Gwadelupy. Zanim popłyniemy na główną wyspę chcemy się zatrzymać na Iles des Saintes - jednej z grup małych wysepek ją otaczających. Trasa nie jest długa, nieco ponad 20 mil, więc jesteśmy na miejscu wczesnym popołudniem. Wokół co lepszych punktów do nurkowania postawiono boje, ale jest zakaz kotwicowania. Decyzja jest naszym zdaniem słuszna i wynika z faktu, że czasem żeglarze źle wrzucali kotwice, a czasem kogoś niosło i koral, który i tak choruje, doznawał uszkodzeń. Za boje płaci się 12EUR za dzień. Okazuje się, że miejsce jest nurkowo ładne, ale nie oszałamiające (przynajmniej gdy już tyle wcześnniej widzieliśmy). Ekscytującą rzeczą jest ośmiornica - dostrzega ją Kama, i widzi jak zmienia kolor, żeby się zamaskować. Niestety w momencie, kiedy córka próbuje o tym powiedzieć Kamilowi i wynurza głowę, zwierzak przesuwa się i maskuje tak skutecznie, że nie są w stanie go odnaleźć (to samo na Kanarach widział Kamil). Niestety ekipa filmowa wciąż pozostaje bez zdjęcia ośmiornicy.

 

Sponge

 

Fish

 

Fish

 

Coral
 

Coral

 

Coral

 

Coral

 

Fish

 

Anemone

 

Underwater

 

Love

 

Następnego dnia przenosimy się na kolejne bojowisko - tam możemy zaparkować blisko rafy i urządzić sobie nocne nurkowanie. Tuż po zachodzie słońca całą trójką płyniemy na rafę. Spotykamy właściwie te same zwierzaki, co za dnia, choć w świetle latarek wyglądają bardziej tajemniczo.

 

Equipement
Nasz sprzęt na nocne nurkowanie - dwie porządne latarki (trzeciej nie mamy i tania, żółta wraca uszkodzona), nóż i kamera Gopro.

 

Night

 

Night

 

Night

 

Night

 

Night

 

Night

 

Night

 

Night

 

Night

 

Night


We czwartek przepakowujemy się na bojowisko pod miasteczkiem Terre de Haut. Niestety nie ma tu stacji benzynowaj (musimy uzupełnić zapas do kuchenki) ale jest możliwość zameldowania, zrobienia zakupów i prania. Okazuje się, że jest kłopot ze znalezieniem miejsca do wyrzucenia śmieci. Na większości bojowisk jest to wliczane w cenę, a tu kosze uliczne z małym otworem pozamykane na kłódkę, żeby nie wrzucać worków. Jest też zatopiony wrak. 

 

Wreck

 

Wreck
 

Wreck

 

Wreck

 

Wreck

 

Wreck

 

Wreck

 

Wreck

 

Snorkling

 

Zupełnie przypadkiem spotykamy rodzinę Palzur, których poznaliśmy przy Roseau na Dominice. Zapraszają nas do siebie na jacht, żeby dzieciaki mogły się pobawić a my pogadać.

W porównaniu ze Stubbornem ich łódka to olbrzym - ma 52 stopy. Mieszkają na niej we czworo i przyjmują gości oferując im rejsy po Karaibach i nurkowanie. On ma duże doświadczenie żeglarskie, ona jest instruktorem PADI. Kiedy urodziła im się córka, poczuli, że wiele trudniej jest im zorganizować wyjazdy nurkowe, bo zawsze trzeba znaleźć opiekę dla malucha. Postanowili więc zapełnić lukę w rynku. Ich jacht i tak jest przystosowany dla przedszkolaków - córka ma 6 lat a synek 2, więc dzieciaki gości bez problemu zostają na łódce i bawią się z ich pociechami pod opieką pana domu, podczas kiedy dorośli nurkują. 
 

Zajadamy się pyszną, domowej roboty pizzą i rozmawiamy. Panowie omawiają kwestie żeglarsko-techniczne, panie rozmawiają o dzieciach i nurkowaniu - a w sumie Zuza słucha a Shani opowiada - nurkowała zawodowo na kilku kontynentach więc jej opowieści są niezwykle ciekawe i pouczające. Dla zainteresowanych ich usługami - https://ssshani.wixsite.com/family


Najkrótsza droga z archipelagu Les Saintes na następny punkt naszej podróży - Antiguę wiedzie przez rzekę przecinającą Gwadelupę w jej najwęższym punkcie (Gwadelupa kształtem przypomina motyla). Chcemy jednak ponurkować w bardzo znanym i polecanym rezerwacie morskim przy Ilet Pigeon. Przed wypłynięciem postanawiamy dokonać jednej małej naprawy – zauważyliśmy, ze linka na rolerze foka jest trochę przetarta, przez co trudno jest zwinąć żagiel. Jak to zwykle z naprawami, coś co miało zająć kwadrans przeciąga się kilkukrotnie – okazuje się, że linka jest zamocowana w rolerze za pomocą jednej śrubki – bardzo już przerdzewiałej. Kamil walczy z materią leżąc w bardzo niewygodnej pozycji, ale w końcu się udaje. Po ponad godzinie możemy ruszać.

 

Rainbow
Często widzimy tęcze. Deszcz pada czasem "z niczego". Nad głową błękitne niebo a jednak kropi. Niestety tęcze toważyszą też deszczom niosącym szkwały na otwartym oceanie i wtedy ich widok nie cieszy. 

 

Jako, że płyniemy głównie w cieniu wyspy, wiatr jest nikły. Rzucanie kotwicy po ciemku jest tu ryzykowne, bo dno pokrywają skały, "sałata" i tylko miejscami placki piachu. W glonach kotwica się nie trzyma, kamienie są ją w stanie uwięzić na amen (już na Barbados Kamil schodził na 12m żeby ją uwolnić), tylko piasek się tutaj nadaje. Więc stajemy wcześniej i dopiero następnego dnia parkujemy na kotwicowisku przy miasteczku Bouillante (przy samym rezerwacie nie wolno). 

Najlepiej nurkuje się rano, kiedy woda jest najbardziej przejrzysta, dlatego postanawiamy do rezerwatu wybrać się jutro, a tego dnia pozbyć się śmieci i zrobić zakupy. Na Antidze planujemy kotwicować w bardzo malowniczym, ale dzikim miejscu, więc teraz musimy uzupełnić zapasy, bo możliwe, że następne większe zakupy zrobimy dopiero na Curacao. W drodze powrotnej ze sklepu natykamy się na straganik z homarami. Zawsze mieliśmy ochotę spróbować tego luksusowego jedzenia, ale żal nam było strasznych pieniędzy, które chcą za niego w restauracjach. Prosimy sprzedawcę o jakiegoś małego, ale bestia i tak ledwie włazi do największego gara jaki mamy. Okazuje się, że to w sumie taka mega kreweta, bardzo smaczna i pewnie podobna cenowo na kilogram mięsa.

 

Lobster


Rano ruszamy na Ilet Pigeon – wiatr jest silny, w stronę oceanu, więc Kamil musi dobrze celować naszym pontonikiem, żeby trafić w wysepkę, bo jeśli wywiałoby nas poza nią, mielibyśmy poważny kłopot (na wszelki wypadek mamy ręczne radio w woddodpornej boi pływackiej, również dokumenty i inne najważniejsze rzeczy). Lądujemy na małej plażce i ruszamy nurkować. Kamilowi udaje się odnaleźć podwodną rzeźbę Jacquesa Cousteau. Poza tym jest tu mnóstwo ryb, które są przyzwyczajone do turystów i nie uciekają tak bardzo jak w innych miejscach (nie wolno ich tu łowić).

 

Dinghy

 

Jacques

 

Fish
 

Fish

 

Fish

 

Fish

 

Coral

 

Fish

 

Coral
Plaża jest tutaj cała ze szkieletów koralowców.

 

Chcemy już wracać, tymczasem rozwiało się jeszcze bardziej – Kamil stwierdza, że spróbuje powiosłować do brzegu, jeśli będzie źle szło, on wskoczy do wody w płetwach i będzie popychał ponton, a Zuza przejmie wiosła. Na wszelki wypadek płyniemy dokładnie pod wiatr, żeby w razie czego zniosło nas z powrotem na wyspę. Do zrobienia mamy nieco ponad kilometr. Przy silniejszych szkwałach ponton staje w miejscu, ale Kamil jest zawzięty i powolutku dowiosłowuje do brzegu. Na molo gratulują mu nurkowie i właściciel wypożyczalni kajaków – on musiał pojechać po swoich klientów motorówką, bo nie dali rady, a nas obserwowali, czy przypadkiem też nie pomóc. Ponieważ wzdłuż brzegu mamy jeszcze od zrobienia około 2km, żeby dotrzeć na jacht, robimy krótki postój i jemy lokalny fastfood - bokit (ciepła kanapka z różnymi dodatkami do wyboru w czymś na kształt smażonej pity). Potem wracamy na jacht i jesszcze tego samego dnia ruszamy na północny koniec Gwadelupy, żeby nazajutrz ruszyć w kierunku Antigui.

 

Bokit
Bokit

 

Pierwotnie Antigua nie leżała w naszych planach. Australijski żeglarz, spotkany na grillu PAYS, opowiedział nam o niesamowitym kotwicowisku na wschodniej stronie wyspy - jest otwarte na Atlantyk, ale od oceanu oddziela je rafa koralowa, więc widok jest piękny ale nie ma fali. Stoi się jak w atolu, chociaż formalnie jest to "rafa barierowa" (przy atolu nie może być większej wyspy, tylko sama rafa i najwyżej niewielkie kawałki lądu). Zdecydowaliśmy się ją odwiedzić, bo i tak mieliśmy jeszcze czas do pełni księżyca, kiedy to chcemy przepływać do Curacao (księżyc daje dużo światła przez połowę cyklu, ale tylko kilka dni w okolicy pełni jest na niebie całą noc). Szczególnie zależy nam na świetle księżyca w związku z sytuacją w regionie i możliwością spotkania nieoświetlonych łodzi oraz statków wojskowych. Nawet tych dużych nie mamy jak obserwować całą noc na radarze, bo mamy za mały akumulator. 
 

 

Antigua

O 4 rano ruszamy na Antiguę. Idziemy bajdewindem, więc rozwijamy oba żagle, choć zrefowane. Wieje 5 a porywy są do 6. Fala miała cały Atlantyk, żeby się nabudować, więc jest spora. Bardziej to żeglarstwo niż jachting. Kiedy jesteśmy jakieś dwie mile od portu, zza wyspy wyłoniła się żaglówka na spinakerze. Pędziła z prędkością motorówki. Przed samym portem zrzuciła spinakera tak sprawnie, jak nigdy nie widzieliśmy. Stanęła przy nas w dryfie, a kilkuosobowa francuska załoga popatrzyła czy wszystko u nas ok, a potem popłynęła w bardzo przemyślane miejsce - odpowiednio głębokie i dające czas na manewr zrzucenia grota, ale już nieźle osłonięte od wiatru i fali. Poszliśmy w ich ślady (sami zrzucalibyśmy grota na sporej fali, a nie pchali się z nim między rafy). Byliśmy pod wrażeniem takich umiejętności. Trzeba doskonałych żeglarzy, żeby przeprowadzić takie manewry ze spinakerem w takim miejscu i takiej pogodzie. Prawdopodobnie była to załoga regatowa poważniejszej klasy. 

Około 15:00 z ulgą parkujemy na boi w Farmouth Harbour. W czasach kolonialnych ta i sąsiednia English Bay były bazą brytyjskiej marynarki wojennej. Swego czasu stacjonował tu sam Horatio Nelson, a teraz starannie odrestaurowane budynki stanowią atrakcję turystyczną. English Bay jest wciąż używana przez jachty jako tak zwana Hurrican Hole - miejsce schronienia kiedy w okolicy przechodzi huragan. Natomiast w Farmouth Bay powstał port dla superjachtów i stoi ich tu rzeczywiście sporo - jachty tak duże, że w pierwszej chwili wzięliśmy niektóre za statki wojenne (szare, jednak z bliska widać, że luksusowe). Oprócz tego, nowoczesne trójmasztowce, jachty motorowe z helikopterami na pokładzie, takie, które otwierają mały fragment burty, by odsłonić parking na skutery wodne gotowe do użycia, oraz inne cuda. 

 

Superyachts

 

English Harbour

 

Bird

 

Antigua reklamuje się jako serce Karaibów. Podobno jest tu 365 plaż, każda na jeden dzień roku. Należy do najdroższych wysp na Karibach - przy meldunku pobierany jest szereg opłat. O ile opłata za śmieci jest zrozumiała inne już mniej. Najbardziej nas dziwi, że dziecko nie może być zaokrętowane na jachcie jako członek załogi, bo nieletni wedle miejscowego prawa nie mogą pełnić takiej funkcji. Tak, że dziecko jest liczone jako pasażer, a od pasażera pobierana jest opłata 30USD. Jak zauważył inny żeglarz, jachty czarterowe mogą więc podawać pasażerów, którzy im płacą, jako członków załogi, ale rodziny muszą płacić za swoje pociechy jak za turystów. Za dwa dni na boi wychodzi prawie 150 USD (łącznie z opłatami meldunkowymi i "klimatycznym" za postój w historycznym miejscu).


Jeden dzień czekamy aż wiatr chociaż trochę osłabnie i 21 stycznia zabieramy się z głębokiej, dobrze osłoniętej zatoki Falmouth i ruszamy na wschód, w kierunku kotwicowiska za rafą barierową. Odległość jest niewielka - 10 mil, ale musimy halsować, bo mamy dokładnie pod wiatr (w sumie przepływamy około 30 mil). Miało wiać około 21 węzłów z porywami do 25, czyli nic strasznego - okazało się, że trzeba do tego jeszcze dołożyć poplątaną falę i gwałtowne deszcze, które sieką tak silnie, że nie da się utrzymać otwartych oczu i niosą ze sobą bardzo silne szkwały. 

Przed wejściem pomiędzy wysepki, przy których znajduje się rafa, woda spłyca się do ok 12 metrów - jasnobłękitne łamiące się fale może i pięknie wyglądają, ale dla żaglówki to niebezpieczne warunki. W dodatku na jakieś 3 mile przed końcem ostatniego halsu zauważamy, ze podarł nam się fok. Na szczęście dał się zrolować, ale na samym grocie łódka znacznie wolniej idzie w bajdewindzie, po 16:00 wiatr ma tężeć, a przed 18:00 zapadnie zmrok. Decydujemy się odpalić nasz biedny silnik. Na szczęście "kataryna" daje radę i przed 16:00 chowamy się pomiędzy wysepki. Kotwicowisko, na którym pierwotnie planowaliśmy stanąć, jest maleńkie i jedna łódka już tam stoi, więc przepływamy dalej, do zatoki o której opowiadał nam Australijczyk. Rzeczywiście jest piękna i fali w niej nie ma, ale jedyne jakkolwiek osłonięte od wiatru miejsce jest już zapchane do granic możliwości. Pozostaje nam stanąć na środku zatoki. 

Na dnie jest piasek pomieszany z "sałatą", więc nie ma gwarancji, że kotwica będzie dobrze trzymać. Kamil starannie wybiera miejsce - jeśli by nas zerwało, będzie zapas odległości, żeby się wlec bez niebezpieczeństwa wpłynięcia na płyciznę. Środek ostrożności okazuje się w pełni uzasadniony. Po zmroku zaczyna wiać 23kt z porywami do 29kt. O północy przychodzi deszcz z jeszcze silnymi szkwałami. Kotwica puszcza i zaczynamy się wlec. Natychmiast odpalamy silnik. W ulewie stoimy gotowi do akcji - jeśli za chwilę kotwica znowu nie złapie trzeba będzie ją podnieść, podpłynąć dokładnie pod wiatr (pilnując śladu GPS na AIS) i rzucić ją ponownie. Na szczęście po parunastu metrach chwyta. Potem trzyma mimo kolejnych porywistych deszczy, a alarm kotwiczny nie wyje aż do rana. Nie mniej trudno nam zasnąć naprawdę spokojnie. 

Przy śniadaniu widzimy kitesurferów. Ta zatoka to na pewno raj dla kogoś, kto ma na jachcie windsurfing albo kite. My niestety na kitach śmigać nie umiemy a na windsurfing jacht za mały. Miejsce jest piękne, widok na otwarty ocean, ale jednak dla jachtu byłoby przyjazne w nieco mniej porywistych warunkach. Przynajmniej dla nas jest to dziwne uczucie, kiedy stojąc na kotwicy wychodzi się na pokład, a tam wieje porywisty wiatr ponad 20kt i non stop huczy. 

Ponieważ w ciągu dnia wiatr nieco słabnie, a kotwica dobrze trzyma, następny dzień spędzamy w tym samym miejscu, doceniamy jego urok i mamy wreszcie czas dokończyć pierwszą część bloga z tego roku. Chcemy też zobaczyć chociaż jedną z 365 plaż (kilka jest w zaoce), ale wszędzie, gdzie chcemy zaparkować wystarczająco blisko do plaży, szkwały zrywają kotwicę. Więc samego jachtu nie zostawimy i z plażowania musimy zrezygnować. Wracamy w "pewne" miejsce po środku zatoki i tak spędzamy też następny dzień.

 

Anchorage 

 

Nonsuch Bay
W zatoce Nonsuch Bay trzeba manewrować z uwagą na liczne rafy. Niektórych nie widać w zafalowanej wodzie. Są w tym miejscu dobrze zmapowane w aplikacji Navionics, która niestety często się zawiesza (następnym razem planujemy kupić droższe mapy elektroniczne Imray na tego typu przygody). Rafy dobrze widać na mapie satelitarnej. 

 

Comments

<